Pan Kotek

10429605_715395005165768_1234291417_o.jpg

Pan Kotek był chory i leżał w łóżeczku. Pan doktor jednak się nie pojawiał, zresztą nic tu po nim. Teraz i dobry Boże nie pomoże. Pan Kotek był świadom, że najlepszym lekarstwem przy podobnym schorzeniu jest czas. Zegar jednak skąpo odmierzał antidotum cieniutką wskazówką. Równomiernie, jak kroplówka dawkował Kotkowi uzdrawiające minuty.

Już nigdy więcej! – myślał Kotek, wręcz przyrzekał to sobie samemu – nie warto tych kilku godzin przyjemności przypłacać takim bezmiarem cierpienia. Tętniący ból rozsadzał mu czaszkę, w żółte ślepka kłuł go piach i straszne mdłości utrudniały mu myślenie. A miał się nad czym biedaczyna zastanawiać. Jednego był pewien – wczoraj była sobota, wieczorem Kotek wtarł trochę żelu między uszy, żeby elegancko wyglądać i wyruszył z piskiem opon taksówki na podbój miasta. Dotarł do celu swej wyprawy – do kubu nocnego. Tu poznał milutką kocicę w pięknym futrze. Wielki buldog za barem serwował kolorowe drinki, które szybko uderzyły naszemu bohaterowi do łebka, aż po same końce wąsów. Pan Kotek przetańczył (oczywiście ze wspomnianą wyżej nowopoznaną kocicą) stukając pazurkami w parkiet pół nocy – tyle przynajmniej pamiętał.

Nagle Pan Kotek zerwał się jak poparzony i pobiegł co sił (a nie było ich za wiele) do toalety. Tu z jego pyszczka wypłynęła reszta wspomnień z wczorajszej nocy. Tak, tak Panie Kotku, trzeba słono płacić za swe grzechy. Ty zawiniłeś nie zachowując umiaru nie tylko w jedzeniu. Spotkała cię za to kara Boża, niemalże natychmiastowa. To znak, że trzeba się nad sobą zastanowić. Oj kochany, nie jest dobrze! Czas najwyższy pomyśleć o ustatkowaniu się, znalezieniu porządnej kocicy.
Pan Kotek płakał, obiecywał poprawę, zarzekał się, że więcej nie popełni podobnego błędu. Następnej niedzieli Pan Kotek znowu był chory i leżał w łóżeczku.

Coś ty Kotku??! Miałuuu??!