I LAF Zwierzyniec czyli filmy letnią porą


Zwierzyniec miastem filmów? Oczywiście, co najmniej raz do roku.

 

W dniach 8 – 17 sierpnia 2014 odbyła się piętnasta edycja cyklicznej Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. W tym czasie fani filmu mieli do dyspozycji seanse wyświetlane od rana do wieczora w 4 kinach – jedno z nich, Skarb, to „prawdziwe” kino, trzy pozostałe to tymczasowo zaadaptowane sale gimnastyczne zwierzynieckich szkół.
Organizatorzy przygotowali około 300 filmów, więc było w czym wybierać! Zgodnie z ideą oraz tradycją festiwalu, nie zobaczyliśmy na nim hollywoodzkich fajerwerków, produkowanych w oparciu o banalne historie okraszone efektami specjalnymi. Przeważały obrazy ambitne, niszowe, często wyprodukowane przez pomniejsze, niezależne wytwórnie. Filmy nie zawsze łatwe do przyswojenia, kierowane do widzów oczekujących historii o życiu. Historii, która niesie ze sobą coś więcej i nie pozostawia widza obojętnym.

Wiele projekcji było pokazami przedpremierowymi, nierzadko nawet wyświetlanymi kilka tygodni przed oficjalną premierą w Polsce. Nie zabrakło produkcji docenionych przez krytyków, czy nagrodzonych na światowych festiwalach. Ale można było znaleźć również smakowite kąski w postaci filmów całkowicie u nas nieznanych, takich, które nigdy nie trafiły do kinowych sal czy na półki sklepowe.
Akademia była okazją obcowania z przekrojem sztuki filmowej. Można było obejrzeć komedie, dramaty, filmy obyczajowe, a nawet horrory. Na kilkanaście dni Zwierzyniec stał się stolicą filmu. Stolicą ulokowaną w pięknym i ciekawym miejscu w sercu malowniczego Roztocza. W przerwach między seansami można było pospacerować nad stawami, po parku, lub zjeść coś w jednej z licznych kafejek.

Okiem widzów

Siedzącą nad brzegiem stawu i oczekującą na kolejny seans Izę z Biłgoraja zainteresował film „Ja nie wracam”. Przyjeżdżam tu od paru lat, zawsze jest tu ciekawy klimat, dużo jest filmów niekomercyjnych, których nie obejrzymy w internecie. Nawet, jeśli nie są to profesjonalne kina i wygodne siedzenia, to naprawdę fantastycznie jest tu przyjechać, czasem ze znajomymi i rodziną. Zawsze liczę, że nie będzie tu fimmów banalnych, tylko raczej te dające coś do przemyślenia. Choć nie zawsze można od nich oczekiwać profesjonalizmu, często są to debiuty lub filmy amatorskie, ale dzięki temu mają mocniejszy przekaz.

Michał z Warszawy tegoroczne spotkanie z Akademią rozpoczął od filmy „39 stopni” Dona Sharpa. Kryminał w klimacie szpiegowskim, z akcją osadzoną przed pierwszą wojną światową oddaje realia obowiązujące w 1914 roku. Inaczej, niż współcześnie wyglądały wtedy wojny wywiadów konkurujących ze sobą państw; film z 1978 roku nie zawiera tyle efektów specjalnych, co obecne produkcje. Dla reżysera ważne było oddanie klimatu tamtego okresu i raczej mu się to udało, film był ciekawy nie tylko ze względu na fabułę, ale również pod kątem uchwycenia tematów geopolitycznych i wojennych w przystępny dla widza sposób.

Mocno zapadł mi w pamięć film norweski Wyjątki z Dekalogu – mówi Justyna z Żyrardowa – oraz niemiecki film „A jeśli Bóg jest?”Był to ciężki film, nie powiedziałabym, że mi się podobał, ale był szokujący, pozostający w pamięci na dłużej. Podobał mi się natomiast film „Ja nie wracam” oraz „Ida”, który miałam od początku w planach zobaczyć. Od festiwalu oczekuję pewnego zróżnicowania, może też takich filmów, których sama bym w domu nie włączyła, nie obejrzała. Jestem zadowolona z festiwalu, bardzo mi się również podobały filmy Bałabanowa, który jest dla mnie reżyserskim odkryciem, ponieważ nigdy wcześniej nie oglądałam jego filmów.

Podobnego zdania jest Beata ze Świdnika;największe wrażenie wywarł na niej film „A jeśli Bóg jest?”. Po raz pierwszy w kinie wręcz zrobiło mi się niedobrze i miałam ochotę gwałtownie wyjść, ale jednak zostałam. Film jest mocno drastyczny, wywołał wśród nas burzliwa dyskusję. Jedna z koleżanek przyjechała na trzy dni i to był dla niej film „na wejście”, po którym zwyczajnie nie mogła mówić. Również nie mogę powiedzieć, żeby film mi się podobał; był bardzo kontrowersyjny. Ale poza tym do wyboru jest trzysta filmów, więc każdy może znaleźć coś dla siebie.

Trzy grosze od autora

Oczywiście nie sposób być na wszystkich filmach, postanowiłem więc przybliżyć nieco obrazy według mnie warte uwagi. Z ciekawostek warto wymienić krótkometrażowy film dokumentalny Tomasza Lengrena „Wszyscy tu do mnie przyjdziecie”, o ironicznym i jakże prawdziwym tytule. Były pracownik PZPR dostaje do wyboru stanowisko kierownika miejskiego kąpieliska lub cmentarza. Wybiera cmentarz. Główny bohater opowiada z lekkim dystansem o wpływie ustroju nie tylko na życie, ale również traktowanie ludzi po śmierci. Chowa ludzi w Alei Zasłużonych i… w Alei Podzasłużonych. Tych bez zasług też.

Jak na Letnią Akademię Filmową przystało, obejrzeć można było też gruziński film Był sobie Drozd w reżyserii Otara Iosselianiego, powstały w roku 1970, czyli w czasach głębokiego totalitaryzmu ZSRR. Kino gruzińskie wykazywało wtedy silną odrębność; jak mówi prof. Andrzej Werner, filmy z tamtego okresu były bardziej gruzińskie, niż po rozpadzie ZSRR. Czołową postacią jest tytułowy Drozd, młody muzyk, wiecznie spóźniający się do pracy, zawsze zabiegany nie ma na nic czasu, choć tak naprawdę nie robi nic. Jest małym punktem, pozornie nie mającym wpływu na otaczający go świat. Chłopak pełen rozterek i wrażliwości żyje jakby obok, a jego pełna małych niespodzianek egzystencja przemija niezauważona. 

Film pokazuje losy jednostki, co w czasach kolektywizacji i socjalizmu spotkało się z silnym oporem ze strony cenzury. Jego silną wymową jest manifestacja odrębności Gruzji.

Nietypowy film serwuje nam brytyjski reżyser Steven Knight. Locke, określany przez dystrybutorów jako thriller, jest w rzeczywistości dramatem. Rezyser podjął się niezwykle trudnego zadania – praktycznie cała akcja filmu rozgrywa się we wnętrzu samochodu, którym Ivan Locke podróżuje do celu. Późnym wieczorem, po skończonej pracy na budowie, podejmuje decyzję, która odmieni jego życie. Wyrusza w kilkusetkilometrową podróż w słusznej według niego sprawie, ryzykując utratę rodziny i pracy. Nie jest to jednak typowy film drogi. W otoczeniu pędzącego auta nie dzieje się nic szczególnego, ma miejsce zwyczajny ruch samochodowy na autostradzie, wzbogacony o wizualne efekty świateł, neonów i odbłysków, stale urozmaicających otoczenie. Ujęcia nie nudzą, wykorzystują znane, lecz sprawdzone patenty, typu oddalający się samochód, czy obraz odbity w lusterku samochodu. Co ciekawe, wszystkie dialogi prowadzone są bez pokazywania innych bohaterów, Ivan rozmawia z nimi przez telefon i na tym oparta jest cała akcja filmu. Dialogi nie nużą, są obecne niemal cały czas i to właśnie one nadają filmowi sens. Widz z ciekawością śledzi rozwój sytuacji, gdy Locke próbuje naprawić błąd, popełniony kilka miesięcy temu i przez to pakuje się w coraz większe kłopoty. Pomimo konieczności podejmowania szybkich i bardzo poważnych decyzji, zachowuje zimną krew i wciąż podąża ku celowi, jaki wybrał. Wciąż targany sprzecznościami nie poddaje się, a frustracje z powodu popełnionych błędów wykrzykuje głośno pod adresem zmarłego ojca, krórego poznał dopiero wiele lat po urodzeniu.

Z nazwiskiem Locke skojarzyło mi się imię nordyckiego olbrzyma, boga kłamstwa (Loki). Jednak na próżno można tu się doszukiwać zbieżności, ponieważ Ivan decyduje się mówić bez ogródek całą prawdę; pozostaje szczery do bólu bez względu na konsekwencje. Chyba, że chodziło tu o kłamstwa i zdradę, których dopuścił się kilka miesięcy wcześniej…

Film kręcony był w nietypowy sposób, w ciągu kilku nocy. Samochód z głównym bohaterem przez większość czasu umieszczony był na lawecie, pędzącej autostradą. Jednak zupełnie nie jest to widoczne i nie wpływa na wrażenia podczas oglądania.

Przedstawicielką Indonezji była na tegorocznym LAFie Kamila Andini, dzięki której mogliśmy obejrzeć film Lustra nigdy nie kłamią. Jest to ciepła opowieść o pozornie sielankowym życiu mieszkańców indonezyjskiej wioski, zbudowanej na palach i pomostach przy brzegu morza. Kilkunastoletnia dziewczynka wciąż wierzy, że jej ojciec wróci któregoś dnia cały i zdrowy z wyprawy w morze, na którą wyruszył wiele tygodni temu. Mijają kolejne dni, ale nawet wioskowy mędrzec nie potrafi wyczytać ukrytej prawdy z lustra, skrywającego według wierzeń tajemnice życia i śmierci.

Pewnego dnia do wioski przyjeżdża młody naukowiec, zajmujący się badaniem żyjących w okolicach delfinów. Zamieszkuje w pokoju należącym niegdyś do ojca bohaterki, stopniowo pomiędzy członkami rodziny a przybyszem nawiązują się nowe relacje.

Film pokazuje obraz tęsknoty i zaufania, głębokich emocji osadzonych w zamkniętym, ale przyjaznym środowisku. Cała wioska zdaje się być jedną wielką rodziną, współdzielącą radości i smutki. Produkcji wyjątkowości dodają sceny przedstawiające krajobrazy, prawie zawsze w tle z wszechobecnym morzem. Kolorowe wyspy, rafy koralowe, czas spędzany w łódce to piękna codzienność mieszkańców, pokazana widzowi w wyjątkowy sposób.

Moim faworytem wśród tegorocznych pokazów był bezsprzecznie palestyński dramat Omar w reżyserii Hany Abu-Assada, pokazany na 3 tygodnie przed oficjalną premierą w Polsce i zasłużenie nagrodzony na festiwalu w Cannes w 2013 roku. Tytułowy Omar, dziś już zdecydowanie bardziej młody mężczyzna, niż chłopak, przez wiele lat utrzymuje bliskie kontakty z przyjaciółmi, wśród których się wychował, pomimo, że obecnie dzieli ich „mur bezpieczeństwa”. Angażuje się też z przyjaciółmi w działalność bojówek skierowanych przeciwko Izraleowi. Złapany przez policję i oskarżony o zabójstwo izraelskiego żołnierza, zostaje zmuszony do współpracy z wywiadem obcego kraju. W tak trudnej sytuacji próbuje pogodzić interesy swoje, kraju i przyjaciół, w pewnym sensie działając na dwie strony. Sprawy komplikuje fakt, że Omar zamierza oświadczyć się siostrze Tareka, jednego z dowódców palestyńskich bojówek, z którą od dłuższego czasu potajemnie się spotyka. Po pewnym czasie jednak towarzysze zaczynają podejrzewać go o zdradę…

Jest to prowadzona z wielkim wyczuciem dramaturgii opowieść o wojnie, okrucieństwie, rywalizacji, miłości i zdradzie. Młodzieniec rozdarty wewnętrznie i zawiedziony obrotem spraw chciałby o wszystkim zapomnieć i odciąć się od wszelkich konfliktów, ale nie okazuje się to łatwym zadaniem. Film niewątpliwie pozostawia ślad w pamięci i skłania do refleksji. Dodatkowym smaczkiem jest praca operatora, w mistrzowski sposób przybliżającego sylwetki bohaterów. Ujęcia sprawiają, że widz ma wrażenie czynnego uczestniczenia w akcji filmu oraz faktycznie odczuwa udzielające się emocje.

Przedstawicielem gatunku komediowego (choć z elementami dramatu) jest kolejna, tym razem już współczesna (2013) produkcja Levana Koguashvili’ego pt. Randki w ciemno. Jest to opowiedziana z przymrużeniem oka historia dwóch trzydziestoparolatków, którzy nie mogąc od dłuższego czasu znaleźć partnerek życiowych, umawiają się na podwójne randki z kobietami poznanymi przez portal internetowy. Tytułowy temat jest jednak tylko punktem wyjścia dla rozwoju fabuły. Perypetie przyjaciół, z których jeden zakochuje się w zamężnej koleżance z pracy, a drugi w przypadkowo poznanej przyjaciółce kolegi pokazują, jak los potrafi poplątać wydawałoby się proste ścieżki. Opowieść o przyjaźni, lekkiej nieporadności ustępującej miejsca rodzącym się uczuciom, chwilami wywołuje współczucie, a chwilami bawi widza trafnymi spostrzeżeniami na temat relacji międzyludzkich. Film nie zachwyca rozmachem, ale zdecydowanie wart polecenia na zbliżające się długie, jesienne wieczory.

Nie była to oczywiście jedyna komedia, goszcząca na ekranach festiwalu. Na uwagę zasługuje również francusko – niemiecko – izraelska Misja kadrowego w reżyserii Erana Rikilisa. Zwolniona z pracy w piekarni rumuńska emigrantka ginie w zamachu bombowym. Niestety właściciele piekarni dowiadują się o tym dopiero po kilku tygodniach, kiedy na jaw wychodzi, że nieszczęśliwie zmarła wciąż figuruje na liście zatrudnionych, a jej ciało nadal leży w kostnicy. Sprawę nagłaśnia lokalna gazeta, wskutek czego nieszczęsny kadrowy, lekko zgorzkniały i niezbyt zadowolony z życia kadrowy otrzymuje za zadanie zrehabilitować dobre imię korporacji. Po zawiadomieniu rodziny zmarłej, musi wyruszyć do odległej Rumunii eskortując trumnę i uczestniczyć w pogrzebie. Z pozoru proste zadanie przeistacza się w kilkudniową podróż rozklekotanym busikiem wraz z przedstawicielami izraelskiego konsulatu, wścibskim reporterem, odpowiedzialnym za artykuł w prasie i dołączającym już w Rumunii zbuntowanym przeciwko całemu światu nastoletnim synem zmarłej kobiety. Mocno kontrastowi bohaterowie nie mają z początku lekkiego życia, jadą znacznie dłużej, niż się spodziewali i w tych trudnych warunkach stopniowo zaczynają się docierać. Reżyser wprawnie pokazuje skrywane emocje, wychodzące na zewnątrz w najmniej oczekiwanych sytuacjach, a relacje pomiędzy uczestikami wyprawy, choć z początku zmieniają się jak w kalejdoskopie, z czasem stają się coraz bliższe. Absurdalny i momentami czarny humor nadaje kolorytu opowieści o odpowiedzialności, niechęci i wreszcie poczucia honoru i przyzwoitości, dojrzewających w ludziach początkowo zaangażowanych tylko z przymusu w to nietypowe przedsięwzięcie.

Czas na kino rosyjskie – pomyślałem, studiując program. Choć to może obecnie delikatnie niepoprawne politycznie. Jednak zawsze ceniłem filmy twórców z byłego ZSRR. Również tym razem się nie zawiodłem. „Ja nie wracam” Ilmara Raaga będący koprodukcją z ekipami fińską, białoruską, estońską i kazachstańską daje widzowi smakowity, aczkolwiek nie lekkostrawny kąsek. Oto młoda kobieta, wychowana w domu dziecka, niedługo po usamodzielnieniu przez pomyłkę zostaje posądzona o handel narkotykami. Ucieka jednak policji i kilka dni później trafia do schroniska dla nieletnich, dzięki młodemu wyglądowi podając się za nastolatkę. Pragnie ukryć się i przeczekać, aż sprawa się wyjaśni. Wkrótce jednak zmienia zdanie i ucieka, korzystając z pomocy 13 – letniej Kristiny. Dziewczynka ucieka razem z nią i chce, aby Ania pojechała z nią do babci, do odległego Kazachstanu. Ania początkowo odrzuca młodszą koleżankę, lecz z czasem ulega jej namowom i obie wyruszają w długą podróż autostopem i pociągiem.

Nie jest to jednak typowe kino drogi. Z czasem między uciekinierkami zawiązują się głębsze relacje, Kristina zaczyna traktować Anię jak starszą siostrę, Ania z kolei czuje się odpowiedzialna za młodszą koleżankę. Ich stosunki są dynamiczne, raz pełne życzliwości, aby nagle przerodzić się w kolejną, burzliwą kłótnię. W pewnym momencie Ania zadaje sobie pytanie, czy chce wracać do rodzinnego miasta, gdzie czeka ją samotność wśród ludzi, chłód i brak uczuć. Pomimo informacji o oddaleniu zarzutów i usilnych namów kochanka, jej kroki podążają w przeciwnym kierunku.

Film jest wzruszającą opowieścią o poszukiwaniu miłości, akceptacji i celu w życiu. O potrzebie ciepła ze strony drugiego człowieka. Pokazuje, że często nic nie jest tak oczywiste, jakie się wydaje. O tym, jak trudno się odnaleźć wśród skrajnych emocji.

Na uwagę zasłużył również szwedzko – duński dramat Sørena Kragh-Jacobsena Wyjątki z Dekalogu. I tu mała dygresja; jak wiemy, dystrybutorzy filmów w Polsce przeważnie, nie wiedzieć, czemu, zamiast tłumaczyć tytuł – wymyślają własny. I tym razem film Godzina rysia padł ofiarą „inwencji twórczej”. Dystrybutor zrozumiał swój błąd, chciał się nawet wycofać z pomysłu, ale niestety było już za późno, żeby zatrzymać machinę.

Oto kilkunastoletni Drengen przemierza ośnieżone drogi wśród lasów gdzieś w Skandynawii. Widząc światła samotnego domu, postanawia zapukać do drzwi. Chwilę potem morduje jego mieszkańców – starsze małżeństwo, następnie starannie układa ich siedzących na ławce i przytulonych do siebie. Spełniony a zarazem przestraszony, bezskutecznie usiłuje popełnić samobójstwo. Po incydencie trafia do szpitala psychiatrycznego. Jest nietypowym pacjentem, twierdzącym, że rozmawia z Bogiem.

Chłopak bierze udział w eksperymentach, na zasadzie których pacjenci dostają do swych cel zwierzę, którym mają się opiekować. Prowadząca eksperymentalną terapię (w której bierze udział również Drengen) pani psycholog przy braku skutków zwraca się o pomoc do Helen, będącej pastorem pobliskiej parafii. Ma nadzieję, że przy pomocy osoby duchownej uda się razem przekonać chłopca, że Bóg nie każe mu popełnić samobójstwa, w co pacjent obsesyjnie wierzy. Ścierają się tu dwa różne podejścia, naukowe i to czysto ludzkie. Helen udaje się przekonać Drengena, aby ten otworzył się przed nią i opowiedział swoją historię. Chłopak wraca do czasów dzieciństwa, kiedy to traktowany przez matkę jak narzędzie do pozyskiwania pieniędzy z opieki społecznej a w końcu porzucony, wychowywał się z mieszkającym na odludziu dziadkiem. I to właśnie dziadek opowiedział mu o tytułowej i kluczowej dla zrozumienia filmu „godzinie rysia”. Opowiedział, jak to ryś śpi, je i poluje. Suma godzin spędzanych przez niego na tych czynnościach w ciągu doby wynosi jednak 25… I to jest ta dodatkowa godzina, w której może wydarzyć się wszystko. Opowieść ta na tyle głęboko zapada w pamięć kilkulatka, że nawet wiele lat później w tej dodatkowej godzinie upatruje sensu i wytłumaczenia wszystkiego, co tajemnicze, groźne i niebezpieczne. Jego myśli przepełnione są tęsknotą za czymś nieuchwytnym, jakimś punktem zaczepienia i wreszcie zrozumienia świata i bycia zrozumianym.

Podczas festiwalu można było obejrzeć filmy z wielu zakątków świata. Tegoroczna LAF była dla mnie jednak przede wszystkim przygodą z kinem japońskim, jakże innym od amerykańskiego, czy europejskiego. Jednym z ciekawszych filmów było dzieło Hirokazu Koreedy Jak ojciec i syn. Japończycy wierzą, że o przynależności do rodziny decyduje wyłącznie genetyka, a dokładnie związek ojca z synem. Oto po sześciu latach okazuje się, że w szpitalu doszło do zamiany dzieci. Obie rodziny rozpoczynają kilkumiesięczne rozmowy pomiędzy sobą i prawnikami, próbując rozwiązać sytuację. Spotykają się często ze sobą, wybierając się całymi rodzinami na piknik, plac zabaw, czy do centrum handlowego, próbując w stosunkowo bezpieczny sposób poznać siebie nawzajem, a przede wszystkim nawiązać relacje synów z biologicznymi rodzicami, aby ułatwić przyszłą, uzgodnioną wymianę.

Rodziny różnią się od siebie diametralnie. Oto rodzice trójki rozbrykanych dzieciaków wiodą skromne, ale dość wesołe życie. Mają swoje małe szczęścia. Z kolei rodzice jedynaka stanowią przykład wyrachowania, są bardzo stonowani i zasadniczy. W ich życiu nie ma miejsca na odstępstwa od ustalonych reguł. Ten całkowicie różny status społeczny i emocjonalny rodziców, inaczej wyrażana miłość wpływa na kształtowanie się charakterów dzieci, które stają się podobne do ludzi, z którymi się wychowały.

Mamy do czynienia z mistrzowskim studium Koreedy na temat wartości rodzinnych i społecznych. Bohaterowie muszą wybierać pomiędzy więzami krwi a szczęściem, budowanym przez lata w oparciu o rodzinę. Ci, którzy nigdy nie przegrali, nie potrafią zrozumieć uczuć innych. Film jest próbą odpowiedzi na pytanie, co jest w życiu ważniejsze – przekonania, czy… samo życie? Okazuje się, że orzech jest bardzo trudny do zgryzienia.

Na deser…

…. zostawiłem japońskiego reżysera Kiyoshi Kurosawę. Nie jest on spokrewniony ze znanym w świecie filmu Akirą Kurosawą, z którym łączy go tylko brzmienie nazwiska. Nazwiska te jednak są oryginalnie w japońskiej transkrypcji nie tylko inaczej pisane, ale również mają inne znaczenie. Oto Akira Kurosawa to „Czarny Blask”, a nazwisko Kiyoshi Kurosawy znaczy tyle, co… „Czarna Dziura”, co zresztą znajduje odzwierciedlenie w tematyce i atmosferze ich produkcji.

Kurosawa kilka lat temu słynął z niemal masowej produkcji filmów, nawet do kilkunastu rocznie. Ekstremalnym przypadkiem było nakręcenie dwóch filmów w ciągu dwóch tygodni, niemal z tą samą obsadą – były to „Oczy pająka” i „Ścieżka Węża”. Jednak na początek przedstawię jego film pt. Świetlana przyszłość. Oto młody mężczyzna żyje marzeniami. Z początku ich nie ma, ale ulega namowom przyjaciela i bardzo chce je mieć. Po śmierci kolegi przejmuje jego pasję wraz z odziedziczoną meduzą, świecącą fosforyzującym blaskiem. Hoduje ją, dba o nią i przypadkowo wciela w życie odrealnione marzenie. Oto rzeka w całym mieście zapełnia się pięknymi, ale niezwykle niebezpiecznymi stworzeniami. Chłopak nie zastanawia się nad tym, że to, co z pozoru piękne i niewinne, prowadzi do oczywistych konsekwencji, które dostrzega, gdy jest już za późno.

W Oczach Pająka Kurosawa serwuje widzom kino zemsty. Trzydziestokilkuletni mężczyzna po kilku latach odnajduje zabójce swojej kilkuletniej córeczki. Torturuje go i mści się przez kilka dni i nocy. Po pewnym czasie odzywa się do niego kolega ze szkolnych lat, proponując współpracę w interesach. Szybko okazuje się, że nie jest to zwyczajna praca. Bohater zostaje wciągnięty w szeregi Yakuzy, gangsterskiej organizacji przestępczej. Jesteśmy świadkami ewolucji człowieka, który z początku jest kochającym mężem i ojcem, a z czasem staje się wyrachowanym, żądnym krwi mordercą, który nie cofnie się przed niczym. Współczesna Yakuza nie ma nic wspólnego z honorowymi tradycjami samurajów, dominuje tu wieczna zazdrość i chciwość. Kurosawa kreuje aurę niewiadomej sytuacji, zagrożenia i niejasności. Nie wiadomo, kto jet przyjacielem, a kto wrogiem, a będący w centrum wydarzeń człowiek okazuje się być tylko marionetką własnego losu; sprawdza się tu powiedzenie, że im dalej w las, tym więcej drzew.

Na wyjątkową uwagę zasługuje pięcioodcinkowy serial telewizyjny Pokuta, zaadaptowany i zmontowany później na potrzeby kina. Już na początku dostajemy zbrodnię. Jedna z uczennic podstawówki zostaje uprowadzona na oczach koleżanek i zamordowana. Jednak żadna z nich nie potrafi wskazać sprawcy, pomimo, że wszystkie widziały jego twarz. Matka dziewczynki nakłada na nie obowiązek wskazania winnego i pokutę, którą będą musiały wypełnić, jeśli nie sprostają zadaniu. Z pozoru zapowiada się na kino zemsty, którą kobieta poprzysięga wypełnić, ale wkrótce okazuje się, że to nie zemsta odegra kluczową rolę.

Film pokazuje kolejno losy młodych kobiet 25 lat później. Każda żyje własnym życiem, na każdej ciąży brzemię grzechu dzieciństwa. I każda z nich doświadcza nieprzyjemnych, strasznych rzeczy w życiu. Reżyser niczym Hitchcock dawkuje napięcie, a bohaterowie jego opowieści zyskują niepodważalną wiarygodność. Kurosawa z początku uderza, potem nieco zwalnia, aby opowiadając o kolejnej bohaterce stawiać każdą z nich w coraz trudniejszych sytuacjach. I wreszcie każda posuwa się o krok dalej ku ciemnej stronie, do której przybliża się, płacąc za swój błąd. Okazuje się, ile może kosztować odkupienie win, z pozoru proste, ale w ostatecznym rozrachunku przekreślające szansę na zaznanie szczęścia, które musi ustąpić miejsca tragedii. A gdy matka w końcu odkrywa prawdę, będzie musiała stawić czoła skomplikowanemu wyzwaniu; nic nie będzie tak proste, jak jej się z początku wydawało.

Serial jest powrotem po kilkuletniej przerwie, jaką Kurosawa zrobił sobie po kilkuletnim maratonie kręcenia filmów. I pomimo, że każdy z jego filmów jest inny, w „Pokucie” widać świeżość, jakiej nabrał podczas odpoczynku. Jest dziełem dojrzalszym i znacznie większej mierze przemyślanym, pełnym zaskakujących ścieżek fabuły. Na wskroś prześwietla japońską kulturę, trudną do zrozumienia dla Europeiczyków. Obok sterylnej wręcz uprzejmości, również obecna jest nie znosząca sprzeciwu władczość i przywiązanie do tradycji. Z kolei przedstawiona w jego filmach Japonia jest brzydka, odrapana, domy są stare, podwórka przerażają szarością. Nie ma tu zbyt wiele miejsca na to, czego widz się spodziewa, widoków zgodnych z naszymi wyobrażeniami, przejawów nowoczesności, dobrobytu, pięknej architektury.

„Pokuta” w pewnien sposób nawiązuje do „Oczu Pająka”. Choć filmy znacznie się różnią, to jednak obie produkcje orbitują wokół tematu – osi, pokazują, jak zmienia się psychika człowieka w kolejnych stadiach: strata, pragnienie zemsty i wreszcie satysfakcja po jej osiągnięciu. W jakim stopniu jest ona pełna?

Kiyoshi Kurosawa prezentuje kino pełne wyrafinowania i skomplikowanych intryg, podanych jednak w dość zrozumiały dla widza sposób. Kino, pozostawiające ślad na dłużej, niż do następnego ranka. Arigato, Kurosawa – san. Do następnego razu.

Marek Kujawski

LAF Zwierzyniec – strona festiwalu: http://www.laf.net.pl/

o autorze

Marek Kujawski

Fotoamator, domorosły literat. Lubi turystykę, zwłaszcza górską. Zawsze chętny do odkrywania czegoś nowego.

jeszcze nie ma komentarzy

Dołącz do rozmowy