3, 2, 1, IMPRO! czyli No Potatoes

W holu Chatki Żaka, jednego z najważniejszych klubów studenckich w Lublinie powoli zbiera się coraz większy tłumek. Przeważają ludzie właśnie w wieku studenckim, ale można się też dopatrzeć zarówno młodszych, jak i starszych fanów. Wreszcie otwierają się drzwi. Bilety sprawdza Radek, jeden z aktorów No Potatoes. Sprawdza, albo raczej zbiera do kapelusza. Każdy fan wiedział już wcześniej, co ma zrobić, na odwrocie biletu należało napisać jakieś słowo, krótkie zdanie – sugestię, którą aktorzy użyją podczas dzisiejszego występu.

Zajmujemy miejsca. Światła gasną, przez moment panuje ciemność. Z głośników wydobywa się muzyka, na scenie stopniowo zarysowuje się zakapturzona postać. W tej tajemniczej atmosferze Przemek, założyciel grupy wita publiczność. Po chwili na deskach jest już cała grupa, przedstawienie startuje. Po wstępnej rozgrzewce, jaką jest gra słowna (np. opowiadanie „bajki”, wymyślanej na poczekaniu i mówionej po jednym słowie przez każdą osobę), zaczynamy. Publiczność poproszona jest o podanie miejsca, w którym ma się dziać akcja, następnie z kolejnych sugestii wybierana jest myśl przewodnia scenki… I tak oto jesteśmy świadkami „Przerwy śniadaniowej w tartaku”.

5, 4, 3, 2, 1, impro! Publiczność odlicza wraz z aktorami. Artyści dają z siebie wszystko, zadziwiają błyskotliwością i humorem. Śmiejemy się niemal cały czas. Od czasu do czasu ktoś z ekipy podnosi kartkę z sugestią i wplata ją w fabułę. Często odgrywane sceny przypominają rozmowę dobrych przyjaciół na imprezie – wszystko dzieje się całkowicie bez scenariusza, na żywioł, jako efekt nieustającej burzy mózgów. Angażowani są nie tylko koleżanki i koledzy z zespołu, ale często również bardziej odważni widzowie. Zabawa trwa. Aktorzy Impro grają nie tylko słowem i mimiką, ale całym wręcz ciałem. Często rzeźbią z siebie meble, pojazdy, urządzenia i inne rekwizyty, biorące udział w przedstawieniu.

Chodzą, biegają, siadają, rzucają się na podłogę; wszystko po to, żeby widz był zadowolony. Ale nie tylko po to, ponieważ świetnie widać, że przy tym sami doskonale się bawią. Dowodem niech będzie choćby jedna z gier improwizacyjnych, w której odpada osoba, która zaśmieje się, wypowiadając swoją kwestię. Gra ta trwa zwykle dość krótko. Mnie też już zaczyna boleć brzuch ze śmiechu. Ponad półtorej godziny szalonej zabawy, gier słownych i scenek mija szybko, niczym półtorej minuty. Nie było tu miejsca na nudę, na przewidywalność, czy schemat. Czas na pożegnanie, przedłużane kilkuminutową owacją. Do zobaczenia następnym razem!

Grupa Improwizacji Teatralnej No Potatoes cieszy lubelską (i nie tylko) publiczność mało znanym rodzajem sztuki. Typowy pokaz Improv to krótkie, kilkuminutowe sceny, odgrywane bez przygotowania, oparte jedynie na schemacie pewnych zasad sztuki improwizacji. Scenariusza nie ma i być nie powinno, ma być czasem wesoło, nieraz absurdalnie, czasem poważnie, ale zawsze ciekawie. Jest to zjawisko kojarzone z kabaretem, ale w rzeczywistości prezentowane na dużo wyższym artystycznie poziomie.

Grupę tworzą: Przemysław Buksiński, lider i założyciel grupy; Anna Lipska, Magdalena Kępka, Kamil Choina, Radosław Misztal, Adam Organista, oraz Łukasz Jemioła, odpowiedzialny za muzyczną oprawę spektakli. Zakręcona, jak przystało na zespół nazwa, powstała oczywiście w nieprzewidywalnej sytuacji. Przypadkowym autorem był Mike Huse, kanadyjski aktor, przeprowadzający warsztaty improwizacji w Lublinie. Nie jadał on ziemniaków, ale wciąż dostawał je w restauracjach podane na talerzu obok mięsa. I tak powstało „No Potatoes”, a jeśli chodzi o resztę, opowie Wam Radek Misztal.

– Pierwszy Wasz występ miał miejsce w czerwcu 2008 roku; grupa powstała w 2007. Jakie były początki, skąd pomysł, żeby akurat w ten sposób działać?

– Początkiem spotkania każdego z No Potatoes’ów były warsztaty prowadzone przez Przemka jeszcze w „starym” Centrum Kultury. Z początku były standardowymi warsztatami teatralnymi, tam bawiliśmy się próbując różnych form teatralnych, m. in. partytury Schaeffera (wg koncepcji „aktora instrumentalnego” zakładającej, że aktor jest instrumentem, na którym sam ma grać, wykorzystując m. in. improwizację i możliwość interpretacji sztuki – przyp. red.) i innych technik, a później pojawiło się coś takiego, jak improwizacja; Przemek zapoznał się z Arkiem Ziętkiem, współpracownikiem Warsztatów Kultury zajmującym się improwizacją. Dzięki tym kontaktom został zaproszony do Lublina Mike Huse z Kanady, który przeprowadził warsztaty improwizacji. Część z nas poszła na te warsztaty i postanowiliśmy pójść w stronę improwizacji.

– Reprezentujecie tzw. kanadyjski styl improwizacji. Jakie są wyznaczniki tego nurtu?

– Styl kanadyjski przybiera kierunek teatralny w improwizacji. Nie jest taką lekką formą, która ma tylko bawić. Jest stylem energetycznym, szybkim, ale nie jest wyłącznie zabawną improwizacją. Również poruszane są tematy poważniejsze, które nie maja wzbudzić śmiechu; jeśli wzbudzają śmiech, to jest to dla nas trochę zaskakujące, ale każda reakcja na naszą improwizację jest przyjemna i miła, jeśli czujemy jakąś reakcję od publiczności, zdziwienie, zaskoczenie, zdenerwowanie czy nawet agresję wobec nas, czy sam śmiech.

– Agresja? Czy to się w ogóle może zdarzyć?

– Tak, wiele razy. Zdarzało się, że poruszaliśmy różne tematy. Tak, jak to się dzieje w improwizacji, nie wiemy nigdy, co nam da publiczność i w jaki sposób będziemy improwizowali. Pojawiło się kilka ataków skierowanych w nas przez osoby prywatne. Dostaliśmy też notkę od jednego z widzów, że nie powinniśmy poruszać tematów religijnych, ponieważ ich nie rozumiemy i takie tematy powinny pozostać w sferze sacrum. My uważamy, że ze wszystkiego można zrobić improwizację, każdy temat można poruszyć, nie ma tematów tabu w improwizacji.

– Czyli na wstępie nie odrzucacie żadnego tematu?

– Wstępnie odrzucamy tylko tematy, które kłócą się z zasadami improwizacji. Jedną z zasad jest nie używanie tematu fekaliów, jako sfery życia prywatnego każdego człowieka, która powinna pozostać za drzwiami łazienki, a co jest obecnie w innych formach teatralnych czy kabaretowych nadużywane. Czasem nam się coś wypsnie, bo trudno jest zapanować nad improwizacją, nad natłokiem myśli, które się kłębią w głowie, ale czasem jak jest ta sekunda myślenia, staramy się pójść w innym kierunku. Niecenzuralne sugestie są płytkie. Z kolei śmieszne sugestie są trudne do improwizacji, ponieważ jak coś jest śmieszne samo w sobie, to ciężko jest zrobić z nich taką improwizację, żeby ludziom się to podobało. Tak, jak na zasadzie dobrej komedii, na początku trzeba uderzyć dobrym żartem, żeby przykuć uwagę widza, ale nie w ten sposób, żeby przed rozpoczęciem pokazać to, co najlepsze, ponieważ później ciężko jest podtrzymać tę energię. Jeśli się bierze śmieszną sugestię, najczęściej wychodzi scena gagowa, co jest jednym z błędów improwizacji kanadyjskiej.

– W takim razie w jakim stopniu zgodziłbyś się, że jesteście postrzegani jako grupa kabaretowa? Bo chyba wolicie być kojarzeni z teatrem?

– W nazwie mamy Improv Teatr, więc staramy się być grupą teatralną, choć oczywiście teraz Polska uwielbia kabaret, a raczej polskie media uwielbiają kabaret i wszystko, co bawi ludzi, jest nazywane kabaretem. Niestety ludziom się to udzieliło i też tak uważają. A teatr czy improwizacja też mogą bawić, sama improwizacja jest czymś pomiędzy teatrem a kabaretem; jeśli chodzi o aspekty teatralne, granie, wczuwanie się w rolę, to w krótkich formach improwizacji często zwyczajnie nie ma na to czasu, żeby wchodzić w postacie, tworzyć głębokie role, bo nie zdążymy tego pokazać w krótkich formach; w długich formach jak najbardziej.

– Zdarza Wam się zrobić jakieś przedstawienie tak całkiem na poważnie?

– Oczywiście, tylko to już w długich formach. Ostatnio mniej ich grywaliśmy, chcieliśmy bardziej popracować nad techniką improwizacji.

– To jeszcze musicie nad tym pracować?

– Oczywiście! W improwizacji nigdy nie można być mistrzem, jeśli ktoś uważa się za mistrza improwizacji, jest to niezbyt dobre podejście; wtedy taki aktor zatrzymuje się w miejscu i się nie rozwija. Zawsze może nas coś zaskoczyć, mogą się pojawić błędy, wiele razy je popełniamy. Czasami powiemy coś nielogicznego, nie słuchamy się nawzajem. Mówię to z perspektywy osoby z wewnątrz, publiczności jest to ciężej zauważyć.

– Publiczność to wybacza. Odbiera to z uśmiechem, jeśli coś się Wam nie uda, to mimo wszystko też jest fajnie, też jest zabawne.

– Właśnie, może tak. Może tu też chodzi o pewną ambicję improwizatora. Zawsze chcemy wyśrubować tę improwizację do takiego poziomu, żebyśmy wszyscy zza sceny byli zadowoleni z tego, co się dzieje. Wydarzyło się kilka takich pokazów, po których zeszliśmy do kulis i stwierdziliśmy, że to był dobry pokaz. Dziś – nie (śmiech). Było kilka lepszych momentów, ale ogólnie było średnio. Bywały pokazy lepsze.

– Skromność to na pewno dobra cecha każdego artysty. A skoro mowa o ćwiczeniu, czy ćwiczycie poza sceną, umawiacie się na typowy trening, opracowujecie nowe pomysły, testujecie coś pomiędzy sobą?

– Oczywiście. Ćwiczymy, ponieważ za każdym razem trzeba wracać do podstaw improwizacji. Nie skupiamy się na tworzeniu górnolotnych spektakli, a nie byłoby to nawet nigdy możliwe, gdybyśmy nie przestrzegali podstawowych zasad improwizacji. Musimy ich przestrzegać, żeby być zadowoleni z tego, co robimy; jeśli tak nie jest, to wewnętrzne niezadowolenie udziela się publiczności, która wtedy gorzej reaguje, nie bawi się, nie bierze czynnego udziału w przedstawieniu. Trenujemy od podstaw, ale też ćwiczymy sobie nowe gry, nowe formaty, chcemy próbować czegoś nowego, nie tylko trzymać się sprawdzonego szablonu.

– Inspiracje tematów często pochodzą od publiczności. A czy wcześniej sami coś przygotowujecie? Czy musicie być dobrymi obserwatorami tego, co się naokoło dzieje, również czerpiecie z obserwacji, czy na ogół skupiacie się na sugestiach publiczności?

– Zawsze inspiracje do improwizacji w naszym wydaniu są czerpane stuprocentowo z publiczności, ale każdy z nas ma jakieś swoje indywidualne zainteresowania. Każdy pochodzi z trochę innego środowiska, z innych rejonów, trzy osoby są z Lublina, są ludzie z Podlasia. Każdy ma swoją wiedzę nabytą, inne doświadczenia, które czasem wykorzystuje, ale nie przygotowujemy wcześniej tekstu czy sceny. Jedyne, co jest przygotowywane w improwizacji, to tzw. szkielet gry. Odpowiednie reguły muszą być zachowane. Np. „freez” polega na tym, że gdy ktoś krzyknie „freez” to zamarzamy i ktoś wchodzi z nowym pomysłem. Jeśli chodzi o „switch’a” to musimy się zamienić zgodnie z ruchem wskazówek zegara. W improwizacji musimy tylko wiedzieć, jak grać, a nie co grać.

– Często występujecie z innymi grupami impro?

– Graliśmy z Afrontem, graliśmy z Ad Hoc, Ab Ovo, na takich cyklicznych spotkaniach my pokazujemy swój styl, oni pokazują swój styl improwizacji, a potem udowadniamy, że improwizacja może być wspólna niezależnie od tego, czy grupy się znają, czy improwizowały ze sobą wcześniej, czy nie. Robimy to wspólnie, mieszamy się zespołami i gramy. Ostatnio też z lubelskim teatrem Odskocznia, planujemy też zaprosić Czołg z Belfastu.

– Niektórzy z Was udzielają się też w innych formacjach, Przemek na przykład w Scenie In Vitro. A inni?

– Adam gra w Teatrze Kameralnym, Magda też tam grała, Adam, Kamil, Przemek i ja (Radek – przyp. red.) mieliśmy mały epizod w Teatrze Andersena. Anka ma swoją prawdziwą pracę, więc niestety nie ma czasu, ale chętnie pograłaby również w zwyczajnym teatrze.

– A można żyć z aktorstwa teatralnego, z improwizacji?

– Mamy nadzieję, że będzie można. Chcemy, żeby improwizacja się na tyle rozwinęła, żeby była traktowana jako forma, którą można zaprosić wszędzie i będą się działy rzeczy improwizowane w Lublinie i nie tylko w Lublinie. Jak na razie może słownik instytucji kultury jest trochę za mały, ludzie słysząc o improwizacji kojarzą głównie improwizację muzyczną, jazzową, albo improwizację taneczną, czasem jako teatralną, ale nie w naszym znaczeniu słowa „impro”. Mamy nadzieję, że ta forma się rozwinie, będziemy grali w większej ilości miejsc, będziemy bardziej dawać znać o tym, że istniejemy.

– A czy występ Łukasza w X-Factor wpłynął na Waszą popularność, staliście się przez to bardziej rozpoznawalni?

– To raczej tylko Łukasz (śmiech). Jemu się przydało. Czasem na scenie zażartowaliśmy, że zapraszamy naszego laureata. Ale może reszcie też tak, ludzie kojarzą improwizację z Łukaszem Jemiołą a „Jemioła” z telewizją, ale Łukasz nie wierzy zbyt mocno w to, że program przyniósł mu jakąś większą popularność.

– Wasz skład dawno się wyklarował, czy były jakieś znaczne zmiany?

– W zasadzie wyklarowało się od razu. Jedna osoba odeszła po pierwszym pokazie, niedawno druga wyjechała podróżując po Europie i Ameryce Środkowej, nie wiadomo, czy wróci. Od dwóch lat jest stały, siedmioosobowy skład w No Potatoes.

– Czy zdarza się, że ktoś z Was czuje przesyt występami, pewne zmęczenie improwizowaniem, grą, czy pojawia się chęć odpoczynku?

– No właśnie nie. To jest ta łatwość i piękno improwizacji. Jeśli się komuś znudzi improwizacja, to znaczy, że nie słucha się zasad improwizacji, która za każdym razem musi być nowa, świeża. Jeśli coś się powtórzy na scenie, zagra się coś tak samo, jak wcześniej, to już się przestaje być improwizatorem. Więc improwizacja nie jest w stanie znudzić, jedna scena może być tylko raz.

– W takim razie życzę rozwoju i dziękuję za rozmowę.

– Dzięki.

Rozmawiałem ja: Marek Kujawski :)

Strona www grupy „No Potatos”,  a także ich profil na Fejsie

 

o autorze

Marek Kujawski

Fotoamator, domorosły literat. Lubi turystykę, zwłaszcza górską. Zawsze chętny do odkrywania czegoś nowego.

jeszcze nie ma komentarzy

Dołącz do rozmowy