Rodzima scena muzyczna – wywiad z G.A.T.E.

Rodzima scena muzyczna – wywiad z G.A.T.E.


Scena muzyczna Lublina i zespół G.A.T.E.


Na początku września bieżącego roku miałem przyjemność porozmawiać chwilę z muzykami zespołu G.A.T.E. Grzesiek, Piotrek, Krzysiek, Michał i Agnieszka opowiedzieli trochę o sobie, swoich muzycznych przygodach, inspiracjach i planach. Głos dał nawet Maniek, który muzyków nie opuszcza na krok.  Naszą rozmowę prezentuję w formie wywiadu, szkoda więc czasu na czcze gadanie – zapraszam do czytania.

Michał Patroń: Grzesiek opowiedz naszym czytelnikom, jak zaczęła się dla ciebie przygoda z muzyką? Jak to się stało że zacząłeś grać, co doprowadziło do momentu, że gracie razem?

Grzesiek Siwiec: Jak miałem pięć lat rodzice kupili mi bębenek – chodziłem w koło stołu i tłukłem. Świętej pamięci dziadek, który był trębaczem, mówił że równo, a ja podgrywałem pod jakieś tam jego zagrywki. Słuchał, mówił że coś z tego będzie… Poza dziadkiem jestem jedynym w rodzinie który z muzyką się związał.

M.P.: Czyli można powiedzieć że „perkusista od urodzenia”.

G.S.: Tak. Urodziłem się z trzema pałkami (śmiech!)

M.P.: Jakie są wasze inspiracje – gracie muzykę pop rockową…

G.S.: Inspiracje? Bardzo różne. Ja się wychowałem na jazzie, na bluesie, ale grałem też kiedyś z Janem Kondrakiem – słynnym bardem lubelskim piosenkę literacką. Pięć lat z nim grałem. Bardzo piękny okres. Skończyłem w ogóle Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach, ale w graniu mi to nie przeszkadza (śmiech). Także słucham bardzo różnej muzyki. Właściwie każdej, która mi się spodoba – bez względu na gatunek.

M.P.: A ty Piotr?

Piotr Surowiec: No, ja to nie trafiłem na swój instrument. Dali mnie na flet poprzeczny (śmiech!).

M.P.: A teraz na czym grasz? Bas?

P.S.: Klawisze, ale zajmuję się głównie aranżacją, kompozycją… no nie gram w filharmonii, przykro mi (śmiech!)

M.P.: Nie musi ci być przykro, możesz się z tego cieszyć (śmiech!).

G.S.: Tak, bo zarobki tam spadły.

M.P.: Zarobki spadły? Powiem więcej: one nigdy specjalnie nie wzrosły, żeby miały z czego spadać.

G.S.: Nie. O 30 zł wzrosły (śmiech!)

M.P.: Skąd masz takie informacje?

G.S.: Znam kolegę, który tam gra, poza tym na umowę zlecenie pracowałem tam 3 lata.

M.P.: No dobra niech ci będzie, (śmiech!) ale wróćmy do tematu. Piotrek: pianista, jazz, inspiracje… co dalej?

P.S.: Ja podobnie jak Grzesiek. Uważam że dobra muzyka to jest to.

M.P.:  No tak. Każdy rasowy muzyk podchodzi do tematu tak, że nie zamyka się w jakiejś szufladce „słucham tylko jazzu, słucham tylko rocka” itp. bo tak jest bez sensu. To nierozwojowe. Trzeba wszędzie szukać inspiracji. Piotr, jak długo grasz w zespole? Od początku?

P.S.: Tak, od początku. Razem zakładaliśmy „Paranormal”, „For Teens” później G.A.T.E.

M.P.: Czyli to już trzeci zespół zakładacie z Grześkiem. A co się stało z tamtymi kapelami?

G.S.: Życie je skasowało.

P.S.: I firmy fonograficzne (śmiech!)

M.P.: No a jak to wyglądało u ciebie Krzysiek?

Krzysztof Sołtys: No ja to późno zacząłem…

G.S.: I wcześnie skończysz (śmiech!)

M.P.:  Ale może za to najwięcej osiągniesz (śmiech!)

K.S.: Ochotę miałem wcześniej, ale nie złożyło się. W końcu zacząłem od poezji śpiewanej. Zespoliki w szkole. Przygrywałem na basie. Zawsze chciałem na basie – ale w szkole muzycznej „przerobili mnie” na puzon (śmiech!)

G.S.: Dołożyli ci czarę?? (śmiech!)

K.S. No tak młody byłem to się dałem – ale i tak wróciłem do basu. A muzyczne inspiracje? Słucham każdego gatunku, tzn. z każdego gatunku próbuję coś wyciągnąć. G.A.T.E. jest w sumie moim pierwszym zespołem autorskim – wcześniej grywałem w zespołach mało znanych. Jako muzyk sesyjny. Do G.A.T.E. trafiłem poprzez znajomość z Grześkiem, z którym znam się od około 2005 roku. Oprócz muzyki mam jeszcze drugą pasję – jest nią motoryzacja, a konkretnie lakiernictwo. Maluję samochody, motory. Muzyka i motoryzacja pasjonowały mnie od małego.

M.P.: A ty Michał? Jakie były twoje początki?

Michał Lewartowicz: kiedyś usłyszałem riffy zespołu Metallica i pomyślałem „to jest dobra akcja – trzeba pograć na gitarze” – i tak się zaczęło. Na początku fascynacja muzyką rockową, potem dzięki kolegom poszedłem w klimaty jazzowe – w międzyczasie na mojej drodze pojawiła się szkoła muzyczna, granie na kontrabasie, potem szkoła na Bednarskiej w Warszawie – ale już na gitarze. Po drodze grałem w wielu zespołach – trochę w stylu „fusion”, trochę blues, granie irlandzkie, celtyckie, poezja śpiewana. Tak sobie myślę, że jak się wchodzi w klimat muzyki jazzowej, to te wszystkie rzeczy rozrywkowe dużo łatwiej przychodzą.

M.P.: Agnieszka, w końcu kolej na ciebie…

Agnieszka Wiechnik: jak miałam 6 lat uciekłam z przedszkola (podobno szukała mnie nawet policja) i poszłam sobie na konkurs piosenki „Śpiewać każdy może”. Udało mi się wtedy zając drugie miejsce – zaśpiewałam a capella. Dostałam taką wielką różową panterę – maskotkę. Do tej pory ją gdzieś mam. A po konkursie nie wróciłam do przedszkola tylko prosto do domu. A tam ojciec z matką bladzi na twarzach… pamiętam, że dostałam wtedy taki ochrzan – nikt mi nie wierzył, nie słuchał tylko pytał: „gdzie tyle byłaś?”  A ja tłumaczyłam… W końcu dyrektor domu kultury zadzwonił do moich rodziców i potwierdził moją wersję. Chodziłam wtedy z zadartym nosem przez tydzień, bo przecież nie kłamałam i naprawdę wygrałam – a nikt mi nie wierzył. Później mama już sama zaczęła mnie na takie konkursy wysyłać. Poszłam do Ośrodka Kultury w Janowie Lubelskim, dorwałam się do mikrofonu – wyglądało to już bardziej profesjonalnie. Zaczęłam jeździć na festiwale, udzielałam się w różnych zespolikach, chórkach. Później śpiewałam w zespole coverowym „Go Machine” – graliśmy muzykę z filmu „Blues Brothers”. Po liceum wylądowałam w Krakowskiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Później skończyłam psychoterapię – a konkretnie terapię uzależnień – jakby ktoś potrzebował w zespole (śmiech!). W czasie pobytu w Krakowie śpiewałam trochę w „Piwnicy pod Baranami” – to było razem z pianistą Konradem Mastyło. Potem wróciłam w rodzinne strony do Janowa Lubelskiego i znalazłam się w Lublinie. A chłopaków z G.A.T.E. poznałam na koncercie charytatywnym z moim poprzednim zespołem „Go Machine”. Grał tam Wojtek Pilichowski i właśnie „For Teens”. Tak się poznaliśmy. Grzesiek zaproponował mi współpracę – wspomniał że robią projekt. Chłopaki wzięli Krzysia, ja Michała, którego znam ze szkoły Yamaha. Zresztą w tej szkole do dziś prowadzę zajęcia wokalne, podobne prowadzę w Janowie Lubelskim.

M.P.: Jak zawiązała się twoja współpraca z Tomkiem Momotem?

A.W.: Tomka poznałam na wspólnej imprezie na której graliśmy. Później zaproponował mi udział w  pierwszej edycji „Tańca z VIP-ami”. I tak jakoś nasza współpraca trwa do dziś.

M.P.: Jakie są wasze najświeższe plany zespołowe?

G.S.: Jesteśmy w trakcie pracy nad EP-ką ale i nad całą płytą. Na razie mamy wyprodukowane pięć utworów – szósty już jest w trakcie produkcji, siódmy i ósmy są w wersjach fortepianowych. Do skończenia materiału na naszą pierwszą płytę jest już bardzo blisko. Chcielibyśmy do drugiego singla nakręcić teledysk.

M.P.: No to widzę że jesteście na dobrej drodze – oby teraz szczęście dopisało…

G.S.: Szczęście, ale przede wszystkim praca, praca i jeszcze raz praca.

P.S.: Chcę dodać jeszcze kilka słów na temat naszej współpracy ze studiem i Sławkiem Piecem. Bardzo fajnie nam się współpraca układa…

G.S.: …tak, Sławek nas produkuje. Robi mastering na światowym poziomie, skończył zresztą reżyserię dźwięku w Berklee Scholl of Music. Facet jest na prawdę niesamowity. Znaleźliśmy go przez przypadek – z polecenia. Sławek usłyszał nasz materiał, zadzwonił i powiedział: „słuchajcie, jeszcze nie robiłem pop rockowych rzeczy, ale fajnie mi to brzmi”. Jak przygotował nasz pierwszy utwór to stwierdziliśmy, że to jest to o co chodzi. Pierwszy raz mamy takiego producenta z którym dogadujemy się stylistycznie, jakościowo, a jest to jakość na światowym poziomie. Prywatnie też dogadujemy się znakomicie. Jeszcze nie widzieliśmy się na żywo – kontaktujemy się przez internet i telefon, ale zżyliśmy się jak przyjaciele. Traktujemy go jak kolejnego członka zespołu.

M.P.: No dobrze. A kim jest Maniek?

A.W.: Maniek to mój buldog francuski i jest maskotką zespołu.

G.S.: Tak. Maniek to jest nasza maskotka. Jeździ z nami wszędzie: na wywiady, na backstage, na teledyski, na rozmowy z menagmentem w Warszawie. Maniek jest już baaardzo rozpoznawalny… nawet w pierwszym klipie zagrał…

M.P.: Maniek chodź tu, powiedz coś do mikrofonu…

Maniek: (zdziwienie na pysku, cisza, nagle snif, snif…. niuchanie mikrofonu)

(salwy śmiechu!)

M.P.: Bardzo dziękuję wam za ciekawą rozmowę i życzę samych sukcesów.

G.S.: My również dziękujemy. Cześć!

Profil zespołu na FB: G.A.T.E.

o autorze

Michał Patroń

Fotograf, muzyk, posiadacz wszędobylskiego kota. Strona autora: www.michalpatron.art

jeszcze nie ma komentarzy

Dołącz do rozmowy